środa, 8 lipca 2026 19:53
Reklama
81. rocznica Krwawej Niedzieli

Wołyń. Msza, z której nie wróciły całe rodziny

To miała być zwyczajna letnia niedziela. 11 lipca 1943 roku mieszkańcy polskich wsi na Wołyniu szli do kościołów, przygotowywali rodzinne obiady i kończyli prace w gospodarstwach. Kilka godzin później wiele miejscowości płonęło, a tysiące ludzi walczyło o życie. Krwawa Niedziela stała się kulminacją zaplanowanej akcji eksterminacji polskiej ludności prowadzonej przez OUN-UPA.
  • Źródło: na podstawie materiałów Instytutu Pamięci Narodowej, w szczególności artykułu Ewy Siemaszko „Lipiec 1943 roku na Wołyniu”.
Wołyń. Msza, z której nie wróciły całe rodziny

Autor: fot. AIPN

Źródło: IPN

Ostatni spokojny poranek

Był środek lata. Na Wołyniu dojrzewało zboże. W sadach pachniały jabłka, na łąkach schło siano. Gospodarze od świtu pracowali w polu, bo żniwa nie czekały. Niedziela miała jednak swój rytm. Praca ustępowała miejsca modlitwie. Od rana polnymi drogami szły całe rodziny. Matki poprawiały dzieciom ubrania. Mężczyźni prowadzili konie. Starsi podpierali się laskami. Kościelne dzwony niosły się nad polami, tak jak od pokoleń. Nikt nie przypuszczał, że dla tysięcy ludzi będzie to ostatnia Msza Święta, ostatni wspólny spacer, ostatni dzień życia. 11 lipca 1943 roku przeszedł do historii jako Krwawa Niedziela. Nie dlatego, że wtedy rozpoczęły się mordy. One trwały już od miesięcy. Ale właśnie tego dnia osiągnęły skalę niespotykaną wcześniej.

Zbrodnia, która dojrzewała miesiącami

Wołyń nie zapłonął jednego dnia. Historycy podkreślają, że wydarzenia lipca 1943 roku były finałem procesu rozpoczętego znacznie wcześniej. Już przed wojną w ideologii Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów pojawiła się koncepcja stworzenia państwa ukraińskiego jednolitego narodowo. W czasie wojny idea ta zaczęła przybierać dramatycznie konkretny kształt. Najpierw ginęli pojedynczy ludzie. Nauczyciele. Leśnicy. Sołtysi. Księża. Rodziny uznawane za przywódców lokalnych społeczności. Potem zaczęły znikać całe wsie.

W lutym 1943 roku doszło do pierwszej masowej zbrodni w Parośli. W kolejnych miesiącach fala mordów obejmowała następne powiaty Wołynia. Z każdym tygodniem rosła liczba ofiar, a napady stawały się coraz lepiej zorganizowane. Według ustaleń IPN do końca czerwca zamordowano już co najmniej dziewięć tysięcy Polaków, choć badacze zaznaczają, że rzeczywista liczba była wyższa.

Plan

To nie była seria przypadkowych napadów. Każda większa akcja wymagała wcześniejszego przygotowania. Rozpoznania. Mobilizacji ludzi. Wyznaczenia dowódców. Propagandy.

Historycy opisują, że w wielu miejscowościach jeszcze przed lipcem prowadzono intensywną agitację. Organizowano zebrania, przekonywano mieszkańców, że Polacy są przeszkodą w budowie niepodległej Ukrainy. W dokumentach polskiego podziemia znajdują się również informacje o błogosławieniu narzędzi zbrodni przez część duchownych prawosławnych związanych z ruchem nacjonalistycznym. Nie można jednak przenosić odpowiedzialności za te działania na całe duchowieństwo czy całe społeczeństwo ukraińskie - dotyczyły one konkretnych osób i środowisk zaangażowanych w działalność OUN. Równocześnie Polaków uspokajano. Mówiono, że nic im nie grozi. Niektórzy wracali do swoich gospodarstw właśnie dlatego, że uwierzyli sąsiadom.

Niedziela 11 lipca 1943

Ataki ruszyły niemal równocześnie. Historycy ustalili, że tego dnia napadnięto blisko sto polskich miejscowości.

Dlaczego niedziela? Bo wtedy najłatwiej było zastać ludzi razem. Kościoły stały się pułapką. W Kisielinie. W Porycku. W Chrynowie. W Zabłoćcach.

Wierni uczestniczyli we Mszy Świętej, kiedy świątynie zostały otoczone. W wielu miejscach ginęli całymi rodzinami. Razem z nimi zamordowano również księży.

Tam, gdzie kościołów nie było, śmierć przychodziła do domów. Napastnicy otaczali wsie. Tworzyli pierścienie uniemożliwiające ucieczkę. Przeszukiwali kolejne zagrody. Podpalali budynki. Wyłapywali tych, którzy próbowali ratować życie. Potem przez następne dni tropili ocalałych w lasach i na polach.

Sąsiedzi

To chyba najtrudniejszy fragment tej historii. Bo Wołyń nie był miejscem, gdzie żyły obok siebie dwa całkowicie obce narody. Przez dziesięciolecia Polacy i Ukraińcy byli sąsiadami. Pracowali razem. Handlowali. Pożyczali sobie konie. Spotykali się na jarmarkach. Dzieci chodziły do tych samych szkół. Dlatego dla wielu ocalałych największym wstrząsem było rozpoznawanie twarzy sąsiadów uczestniczących w napadach.

Historycy podkreślają jednocześnie, że nie wszyscy Ukraińcy brali udział w zbrodniach. Byli również tacy, którzy ratowali Polaków lub ostrzegali ich przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Takie przypadki miały miejsce, lecz pozostawały wyjątkami wobec ogromu dokonanych bestialskich mordów.

Nie chodziło tylko o zabijanie

Po przejściu oddziałów UPA pozostawała cisza. I ogień. Palono domy. Stodoły. Szkoły. Kościoły. Cmentarze pozostawały bez opieki. Często nie było komu pochować zabitych. Celem było nie tylko odebranie życia. Chodziło również o zatarcie śladów wielowiekowej obecności Polaków na Wołyniu. W lipcu 1943 roku zniszczono lub spalono około dwudziestu świątyń rzymskokatolickich.

Uciekinierzy

Ci, którzy przeżyli, ruszali przed siebie. Nie mieli dokąd wracać. Domów już nie było. Jedni ukrywali się w lasach przez wiele dni. Inni szli do miejsc bronionych przez polskie samoobrony - Przebraża, Huty Stepańskiej czy Pańskiej Doliny. Nie wszędzie udało się obronić. Przebraże przetrwało dzięki dobrze zorganizowanej samoobronie. Huta Stepańska po dramatycznej walce upadła, a tysiące ludzi ratowało się ucieczką przez lasy i bagna. Wielu zginęło już podczas odwrotu.

Liczby nie oddają tragedii

Historycy próbują policzyć ofiary od kilkudziesięciu lat. Każde nowe źródło pozwala dopisać kolejne nazwiska. Według ustaleń przedstawionych przez Ewę Siemaszko w opracowaniu opublikowanym przez Instytut Pamięci Narodowej, w samym lipcu 1943 roku zamordowano co najmniej 11 407 Polaków. Liczba ta pozostaje niepełna. Ofiary pochodziły z co najmniej 633 miejscowości. Ale nawet te liczby nie oddają skali dramatu. Za każdą z nich kryje się człowiek. Imię. Nazwisko. Rodzina. Dom, którego już nie było.

Pamięć, która zobowiązuje

Wołyń przez lata pozostawał bolesną, często przemilczaną raną. Dopiero po upadku komunizmu możliwe stało się prowadzenie szeroko zakrojonych badań, dokumentowanie relacji świadków i identyfikowanie miejsc zbrodni. Wciąż jednak wiele mogił pozostaje nieoznaczonych, a wiele ofiar nie doczekało się imiennego upamiętnienia. Pamięć o Wołyniu nie jest wezwaniem do odwetu. Jest obowiązkiem wobec zamordowanych.Bo pojednanie nie rodzi się z zapomnienia. Rodzi się z prawdy. Prawdy trudnej. Czasem bolesnej. Ale koniecznej.

Kiedy 11 lipca, w wielu polskich kościołach zabrzmią dzwony, warto pamiętać, że przed 83 laty ich dźwięk był dla tysięcy mieszkańców Wołynia ostatnim, jaki usłyszeli.

 

 


Podziel się
Oceń

Komentarze