- W Pani książce ból nie jest tylko emocją, ale wręcz językiem - skąd potrzeba opowiadania właśnie o takich doświadczeniach?
- Ból istnienia, psychiczne zmagania, emocjonalne cierpienie, to tematy, które poruszam w swojej twórczości od lat. Uważam, że nie można ich unikać, ponieważ trudności w sferze psychicznej mogą dotyczyć wielu z nas lub naszych bliskich. Podobnie doświadczenie myśli samobójczych, to niestety powszechne problemy osób dorosłych, które nie są jednak obce również dzieciom i młodzieży. Moim zdaniem brakuje jednak literatury, która podejmowałaby tę tematykę w sposób rzetelny, wiarygodny, autentyczny. Myślę, że wyznaczyłam sobie symbolicznie taki cel: przyjrzeć się psychicznemu cierpieniu, pokazać człowieka w kryzysie, wykreować bohaterów wrażliwych, złożonych, pełnych emocji i wewnętrznego rozdarcia, często pogubionych, osamotnionych, nieumiejących odnaleźć się we współczesnym świecie. Wyalienowanych, czasem nieco dziwacznych, a jednak szukających dla siebie ratunku, podejmujących wewnętrzną walkę z własnymi słabościami, wreszcie wchodzących w relacje miłosne. Wszystkie motywy pojawiające się w mojej książce przenikają się wzajemnie. Miłość i śmierć, nawiązują do dwóch popędów Erosa i Tanatosa. Cierpienie i szaleństwo też są ze sobą nierozerwalne i również mocno dotykają tematyki śmierci i miłości.
- Bohaterowie „Miłości i śmierci…” często balansują między pragnieniem życia a chęcią zniknięcia. Czy bliżej im do literackiej metafory, czy do realnych historii, z którymi spotyka się Pani na co dzień?
- Nie mam wątpliwości, że takie lawirowanie między pragnieniem życia, a chęcią zniknięcia to nie tylko literacka metafora, ale doświadczenie jak najbardziej realne, prawdopodobne. Susan Kaysen z diagnozą zaburzenia borderline, w ,,Przerwanej lekcji muzyki’’- swojej autobiograficznej powieści pisała, że dla osoby myślącej natrętnie o swoim końcu każdy powód jest wystarczający do tego, by chcieć zniknąć. Spóźniasz się na pociąg, może lepiej to zakończyć? Jednakże równie łatwo według Susan jest odzyskać sens życia. Obejrzałam dobry film. Może jednak warto żyć? I nasuwa się pytanie: czy to nie balansowanie na granicy?
Hasłem przewodnim mojej książki są słowa: ,,Nikt nie dąży do śmierci, jeśli jest mu w życiu dobrze’’. Piszę też o tym, że każdy potencjalny samobójca woła o pomoc, i tak naprawdę bardzo chce normalnie żyć. Co to oznacza normalnie? Dobrze, owocnie, godnie, z poczuciem spełnienia. Jeśli człowiek doświadcza wielu traum, zranień, a jego egzystencja pełna jest bólu, porażek, niepowodzeń, to przecież nic dziwnego, że zainteresowanie życiem jako takim znacząco maleje.
- W Pani tekstach wyczuwalna jest inspiracja klasyką - od Dostojewskiego po Woolf. Na ile to świadome dialogowanie z tymi twórcami, a na ile naturalny filtr wrażliwości?
- W moich opowiadaniach występuje wiele aluzji literackich, nawiązań do filmów czy piosenek. Wynika to głównie z tego, że sztuka, a przede wszystkim właśnie literatura- ukształtowała mnie. Pomogła mi przetrwać moje najciemniejsze czasy. Od najmłodszych lat była dla mnie ostoją i wręcz takim remedium na całe zło świata. Od kiedy nauczyłam się czytać, już nie umiem nie czytać. Wybrałam też studia, które pozwoliły mi rozwijać się w obszarze literaturoznawstwa czy kulturoznawstwa, dlatego też jak najbardziej praktykuję świadome dialogowanie z twórcami. Jeśli pyta Pani o Dostojewskiego, to myślę, że moja twórczość jest wręcz nim obarczona czy naznaczona. Jego powieści psychologiczne to dla mnie ogrom inspiracji, wzruszeń, odkryć, a czasem utożsamianie się z niektórymi bohaterami przez niego stworzonymi. Takie wielkie dzieła jak ,,Zbrodnia i kara’’, ,,Bracia Karamazow’’, ,,Idiota’’, ,,Skrzywdzeni i poniżeni’’, poczyniły absolutny przełom w moim intelektualnym oraz emocjonalnym świecie. Zresztą nawet jego mikropowieści jak ,,Białe noce’’ czy ,,Łagodna’’, wywarły na mnie ogromny wpływ. Wspomniana Virginia Woolf to autorka, której powieści, nowele, eseje, również bardzo cenię, ale niezmiennie fascynuje mnie także jej osobowość, niezwykła wrażliwość i inteligencja. Podobnie mam z Sylvią Plath. Obie pisarki niestety nie uporały się z własną emocjonalnością.
- Łączy Pani realizm z groteską i tragifarsą. Czy to sposób na oswojenie trudnych tematów, czy raczej na ich jeszcze mocniejsze wybrzmienie?
- Finalnie konwencja tragifarsy może być sposobem na oswojenie trudnych tematów. Czarny humor pozwala nieco zmniejszyć napięcie związane z dotykaniem treści bardzo mocnych pod kątem emocjonalnym. Mój odbiorca może poczuć się przytłoczony nagromadzeniem historii o najciemniejszych zakamarkach ludzkiej psychiki. Dlatego momenty śmieszne, czy niekiedy wręcz absurdalne nieco odciążają go, może nawet pomagają przebrnąć przez te niełatwe treści o często granicznych emocjach. Z drugiej strony ta farsa pojawiająca się obok poważnej tematyki rzeczywiście pozwala jej wybrzmieć. Ona jeszcze bardziej podkreśla wagę problemu. Myślę o kilku opowiadaniach, w których moi bohaterowie ze swoją wrażliwością, werterowską emfazą w ukazywaniu uczuć, naiwną seksualnością, i życiową nieporadnością, są wręcz śmieszni, żałośni, godni pożałowania. Czytelnik może nawet dziwić się, jak można być aż tak przewrażliwionym na swoim punkcie, jak można myśleć o zakończeniu życia przez tak ’’błahe’’ powody-a jednak…
- Pracuje Pani zawodowo w obszarze zdrowia psychicznego. Czy pisanie jest dla Pani przedłużeniem tej pracy, czy zupełnie osobną przestrzenią?
- Pisanie to dla mnie właśnie taka wyjątkowa przestrzeń, pewna forma porozumienia i pogodzenia się ze światem. Twórczość pomaga mi porządkować myśli, emocje, wspomnienia. Powoływanie do życia ciekawych, nieszablonowych bohaterów, przelewanie na papier historii, które pojawiają się w mojej głowie, to fascynujący, niezwykły proces. Przynosi mi coś w rodzaju katharsis, daje wolność i poczucie spełnienia. Mój umysł jest bardzo twórczy. Dla mnie najczęściej to nie brak inspiracji, a ich nadmiar jest utrudnieniem. Czasem najmniej spodziewane bodźce mogą być taką symboliczną proustowską magdalenkę umoczoną w herbacie. To te błahostki, fraszki pozwalają na wędrówkę w poszukiwaniu straconego czasu i umożliwiają uchwycenie czegoś ważnego z przeszłości. Zwykłe, niekiedy wręcz prozaiczne sygnały ze świata mogą mnie zainspirować do stworzenia jakiegoś dzieła. Usłyszana piosenka, przeczytany wiersz, świat smaków, zapachów, obrazów i dotyków. Bliskie są mi słowa Edwarda Stachury, który pisał, że ,,wszystko jest poezją’’. Pisanie to miejsce bezpieczne, które pozwala mi składać w całość fragmenty układanki, jaką jest życie. Na pewno jednak praca w obszarze zdrowia psychicznego również ofiarowuje mi wiele inspiracji…
- Czy uważa Pani, że literatura może realnie pomóc osobom w kryzysie czy raczej tylko nazwać to, czego nie umiemy powiedzieć?
- Tak, zdecydowanie może pomóc! Ja w pracy z osobami w kryzysie psychicznym bardzo bardzo często mówię, że w trosce o nasz dobrostan psychiczny, warto szukać ukojenia w sztuce. Często zdarza się, że przykładowo to właśnie dobra książka może być dla nas pewną formą terapii oraz zachętą do pracy nad sobą. Mówię o tym z pełnym przekonaniem, bazując na własnym doświadczeniu. Nieskończenie wiele razy wartościowa literatura, czy poruszające kino, symbolicznie podnosiły mnie z moich potknięć, wątpliwości, emocjonalnych zawirowań. Tak jak Susan Kaysen mogę powiedzieć, że dla pewnych książek, filmów, po prostu warto żyć. I mogą to być wielkie arcydzieła myśli ludzkiej, jak powieści Dostojewskiego, Tołstoja, Prousta, ale i teksty nieco mniejsze i nie tak głośne, ale równie mocno dotykające. Moją ostatnią przeczytaną lekturą jest powieść Beatriz Serrano ,,Ogród rozpaczy ziemskich’’, nazywana ,,wiernym portretem rozczarowanego pokolenia millenialsów’’. Autorka próbuje opisać trudne doświadczenia młodych ludzi, często pogubionych, pozbawionych celu, pogrążonych w depresji, apatii, marazmie. I robi to bez patosu, inteligentnie i błyskotliwe, w konwencji właśnie groteski i czarnego humoru. Taka literatura również przynosi ulgę i katharsis.
- Dziękuję za rozmowę











Komentarze