307. rocznica cudownego ocalenia Lublina. Ekspert KUL: w tej historii jest jeszcze wiele do odkrycia
- Ta historia nie jest tak oczywista jak się mogło wydawać. Jest w niej jeszcze wiele do odkrycia - wskazuje prof. Jacek Chachaj, historyk KUL specjalizujący się w dziejach Lublina.
2 czerwca 1719 r. w Lublinie miał miejsce rozległy pożar, w wyniku którego żywioł spustoszył dużą część miasta.
Według podań historycznych pożar wybuchł na Podzamczu wówczas znajdującym się poza murami miasta, w żydowskiej dzielnicy, skąd przeniósł się do centrum ówczesnego Lublina niszcząc wszystko po drodze.
Niewyjaśnione okoliczności
Powodem miało być uderzenie pioruna w słomiany dach jednego z budynków. Jednak prof. Jacek
Chachaj poddaje w wątpliwość taką możliwość:
- Zastanawiające jest to, że piorun uderzył w miejsce, które było położone stosunkowo nisko w porównaniu do innych budynków znajdujących się na terenie miasta. Inne źródła wskazują jako możliwą przyczynę pożogi zaprószenie ognia w jednym z gospodarstw. Zwarta drewniana zabudowa, liczne warsztaty rzemieślnicze i prawo religijne zabraniające gaszenia szabatowych świec zdają się tylko potwierdzać tę tezę.
Ekspert zwraca uwagę na rozproszenie pożaru w różnych częściach miasta, analizując obraz „Pożar Lublina" znajdujący się w bazylice oo. Dominikanów przy ul. Złotej 9.
- Są na nim opisane punkty występowania ognia. I tak, ogień miał przenieść się z Podzamcza znajdującego się poza murami XVIII-wiecznego miasta, dalej na ul. Grodzką, aż do dzisiejszej ul. Świętoduskiej. Nie jest to niemożliwe, ale te miejsca są w dość dużej odległości od pierwotnej lokalizacji zarzewia ognia. Niewykluczone, że tego dnia w mieście wybuchło kilka pożarów, a nie jak się zachowało w tradycji tylko jeden - zaznacza historyk.
Cudowne ocalenie
W obliczu nieuchronnego pogromu dominikańscy zakonnicy wyruszyli w procesji z relikwiami drzewa Krzyża Świętego do miejsc ogarniętych ogniem. Nie jest jednak znany dokładny przebieg procesji ani sposób, w jaki udało się opanować żywioł. W tradycji mówi się, że w czasie przemarszu wiernych płomienie ustały lub spadł ulewny deszcz. Prof. Chachaj, wskazuje na jeszcze jedno możliwe rozwiązanie, jakim jest ugaszenie pożaru przez mieszkańców Lublina.
- Wówczas na północy Lublina, w miejscu gdzie wybuchł pożar, płynęła rzeka Czechówka. Niedaleko był też staw zwany "za Żydy", skąd mieszkańcy mogli czerpać wodę - dodaje.
Przestrzeń do badań
Historyk podkreśla, że owa historia jaki i wiele innych jej podobnych nie musi sprowadzać się wyłącznie do pytań i niedomówień. W procesie badawczym, analizując źródła historyczne można ustalić lub zweryfikować część danych nawet po wielu latach od wydarzenia.
- Nie wszystko da się ustalić. Jednak z pewnością można odkryć nieznane fakty przyczyniając się do upowszechnienia prawdy historycznej - podsumowuje prof. Jacek Chachaj.

Komentarze