Kiedy w Niedzielę Palmową wyciągałam z zamrażarki ciasto z Bożego Narodzenia, poczułam coś więcej niż tylko chłód bijący od plastikowego pojemnika. To było lekkie ukłucie wstydu. Bo przecież to nie była „zapomniana porcja”. To był dowód na coś znacznie mniej wygodnego do nazwania.
Na nadmiar.
Na nasze świąteczne przyzwyczajenie, że musi być „więcej niż trzeba”. Więcej serników, więcej sałatek, więcej wszystkiego - jakby ilość była miarą gościnności, miłości, sensu tych kilku dni.
Tamtego dnia, jeszcze zanim zaczęłam kroić rozmrożone ciasto, pomyślałam: dość.
I po raz pierwszy od lat te Święta Wielkanocne wyglądały inaczej. Dziś, dwa dni po nich, widzę to jeszcze wyraźniej. Spokojniej. Skromniej. Bardziej… prawdziwie.
Nie było lodówki wypchanej po brzegi. Nie będzie wielodniowego „dojadania”, które bardziej przypominało obowiązek niż przyjemność. Nie ma też tego cichego poczucia winy, kiedy kolejny kawałek trafiał do kosza, bo jednak nie daliśmy rady.
Zamiast tego było coś, czego wcześniej nie zauważałam: ulga.
Ulga, że nie trzeba. Że święta nie rozpadają się, jeśli na stole jest o jedną potrawę mniej. Że rozmowy smakują lepiej niż piąty kawałek mazurka. Że można wstać od stołu bez ciężaru - nie tylko w żołądku.
Bo prawda jest taka, że przez lata trochę oszukiwaliśmy się sami. Mówiliśmy, że „tak trzeba”, że „zawsze się tyle robiło”, że „lepiej za dużo niż za mało”. A potem przez tydzień jedliśmy z przyzwyczajenia, nie z głodu. Przechowywaliśmy, mroziliśmy, zapominaliśmy.
Tym razem nie.
W tym roku nie dojadamy resztek po świętach. Bo… ich prawie nie ma. I wbrew temu, co kiedyś bym pomyślała - to wcale nie oznacza, że było „biedniej”. Było wystarczająco.
A może nawet lepiej.
Może dorastanie - także to świąteczne-– polega właśnie na tym, żeby w końcu zrozumieć, że „więcej” nie znaczy „lepiej”. Że czasem największą zmianą jest zrobienie jednego sernika mniej. I że to wystarczy, żeby poczuć różnicę.
Nawet jeśli zaczyna się ona od rozmrożonego ciasta sprzed kilku miesięcy.












Komentarze