środa, 25 marca 2026 21:52
Reklama
Inicjatywa, która zamieniła wspólne imię w prawdziwą społeczność

Zjazd Zbyszków: zaczęło się od żartu, dziś łączy ludzi z całej Polski

Miał być eksperyment i spotkanie „dla żartu”. Skończyło się na wydarzeniu, które co roku przyciąga dziesiątki osób z całego kraju. W rozmowie ze Zbigniewem Jurkowskim, inicjatorem Zjazdu Zbyszków, sprawdzamy, jak jedno imię stało się fundamentem prawdziwej wspólnoty.
Zjazd Zbyszków: zaczęło się od żartu, dziś łączy ludzi z całej Polski

Źródło: Zbigniew Jurkowski

Czy jedno imię może połączyć obcych ludzi w realną społeczność? Okazuje się, że tak: wystarczy pomysł, odrobina odwagi i gotowość, by potraktować coś pozornie błahego całkiem serio.
19 marca w Trybunale Koronnym w Lublinie odbył się już XII Zjazd Zbyszków, inicjatywy, która zaczęła się jako spontaniczny eksperyment, a z czasem przerodziła się w cykliczne wydarzenie przyciągające uczestników z całej Polski.
O tym, jak rodzi się taka społeczność, co sprawia, że ludzie chcą do niej wracać i dlaczego wspólne imię może stać się początkiem trwałych relacji, rozmawiamy ze Zbigniewem Jurkowskim, inicjatorem Zjazdu Zbyszków.

- Co musi się wydarzyć, żeby zwykłe imię stało się pretekstem do ogólnopolskiego wydarzenia?
- Myślę, że przede wszystkim musi pojawić się ktoś, kto wpadnie na ten - z pozoru absurdalny - pomysł i potraktuje go całkiem serio. Bo imię to coś bardzo osobistego, a jednocześnie wspólnego dla wielu ludzi. Wystarczy iskra: chęć integracji, odrobina odwagi i pomysł, który na początku wydaje się „dla żartu”. Nagle okazuje się, że ludzie właśnie czegoś takiego potrzebują.
Zawsze powtarzam: każde imię powinno mieć swój dzień zjazdowy. To nie jest tylko spotkanie - to pretekst do budowania więzi. Jeśli uda się zrobić pięć zjazdów przez pięć lat, później nie ma już odwrotu. To zaczyna żyć własnym życiem i może trwać „do końca świata i tydzień dłużej”.

- Czy był moment, w którym pomyślał Pan: „to już nie jest tylko spotkanie – to ma sens i zostaje na dłużej”?
Tak i to bardzo konkretny moment: pierwszy zjazd. I paradoksalnie najtrudniejszy. Zaproszenia wysyłałem przez Facebooka do zupełnie przypadkowych Zbyszków z całej Polski. Zero gwarancji, że ktokolwiek przyjdzie. Pamiętam, jak pojawiłem się w Trybunale Koronnym w Lublinie… dwie godziny wcześniej. Pusto. Cisza. Zacząłem się zastanawiać, czy to w ogóle wypali. A potem, dokładnie o godzinie rozpoczęcia, ludzie zaczęli się schodzić. I nagle - sala pełna. Totalny szok. Wtedy pomyślałem: „to działa”. To był moment przełomowy.

- Jak wygląda Zjazd Zbyszków „od środka” - bardziej jak spotkanie starych znajomych czy ludzi, którzy dopiero się poznają?
- Najlepsze jest to, że jedno i drugie jednocześnie. Mamy tzw. „żelaznych Zbyszków” - osoby, które są z nami od pierwszego zjazdu i nie opuściły żadnej edycji. Ale cały czas pojawiają się też nowi uczestnicy. I co ciekawe nie ma żadnej bariery. Ktoś przychodzi pierwszy raz, a po dziesięciu minutach rozmawia z innymi tak, jakby znali się od lat. To chyba magia wspólnego imienia, od razu jest temat, punkt zaczepienia i poczucie wspólnoty.

- Co przez te lata najbardziej Pana zaskoczyło: ludzie, historie czy to, jak bardzo to wydarzenie potrafi jednoczyć?
- Chyba wszystko po trochu, ale najbardziej  łatwość budowania relacji.
Przychodzi na zjazd jeden Zbyszek, poznaje drugiego, wymieniają się kontaktami… i nagle stają się naprawdę dobrymi znajomymi. To nie jest powierzchowne „dodanie do znajomych”. Ludzie zaczynają sobie pomagać - prywatnie, zawodowo, życiowo. Słyszałem historie o wspólnych biznesach, wyjazdach, a nawet o tym, że ktoś znalazł dzięki temu wsparcie w trudnym momencie życia. To już nie jest tylko wydarzenie, to społeczność.

- Czy są momenty podczas zjazdu, które szczególnie zapadają w pamięć?
- Zdecydowanie. Każdy zjazd ma swój klimat, ale są też stałe elementy: wspólne zdjęcia, rozmowy do późna, spontaniczne sytuacje. Czasem ktoś przyjeżdża z drugiego końca Polski tylko po to, żeby przez kilka godzin pobyć w gronie „swoich”. I mówi: „warto było”. To robi ogromne wrażenie.

- Jak zmienił się Zjazd Zbyszków na przestrzeni lat?
- Na początku to była totalna improwizacja - bez planu, bez doświadczenia, trochę na zasadzie „zobaczymy, co się stanie”. Dziś to już wydarzenie z tradycją, z ludźmi, którzy czekają na nie cały rok. Jest większa świadomość, lepsza organizacja, ale staramy się nie stracić tego luzu i autentyczności, które były od początku.

- Gdyby miał Pan przekonać jednego Zbyszka, który się waha - jednym zdaniem - co by Pan powiedział?
- Spotkasz ludzi, którzy w kilka godzin mogą stać się Twoimi przyjaciółmi na całe życie - i to tylko dlatego, że macie na imię Zbyszek.

- Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia na kolejnym XIII już Zjeździe Zbyszków.


Podziel się
Oceń

Komentarze